Wielce Zwodnicza Scenografia Strony - wybierz przebranie: Sprawa Baudelaire'ów, Tajemnica WZS lub Snicket

Rozdział Pierwszy

UWAGA!

Strona zawiera spoilery Księgi Trzynastej Serii Niefortunnych Zdarzeń.
Czytasz na własną odpowiedzialność.

Jeśli kiedykolwiek obierałeś cebulę, wiesz zapewne, że pierwsza cienka, papierowa warstwa odsłania następną cienką, papierową warstwę, która to warstwa odsłania następną i następną, a zanim się spostrzeżesz, masz setki warstw na kuchennym stole i tysiące łez w oczach, i będziesz żałował, że kiedykolwiek zacząłeś obierać cebulę z pierwszej warstwy, i pragnął zostawić cebulę w spokoju, żeby uschła na półce w spiżarni, podczas gdy ty będziesz mógł wrócić do swojego życia, nawet jeśli to oznaczałoby, że nigdy więcej nie będziesz cieszył się skomplikowanym i przytłaczającym smakiem tego dziwnego i gorzkiego warzywa.

Na swój sposób historia sierot Baudelaire jest podobna do cebuli, a jeśli będziesz upierał się na czytaniu każdej cienkiej, papierowej warstwy kolejnego tomu Serii Niefortunnych Zdarzeń, twoją jedyną nagrodą będzie sto siedemdziesiąt rozdziałów niedoli w twojej bibliotece i niezliczone łzy w twoich oczach. Nawet jeśli przeczytałeś pierwsze dwanaście tomów historii Baudelaire'ów, wciąż nie jest za późno na zaprzestanie zrywania kolejnych wartw i odłożenie tej książki z powrotem na półkę, podczas gdy ty mógłbyś poczytać coś mniej skomplikowanego i przytłaczającego. Koniec tej nieszczęśliwej kroniki jest jak jej przykry początek, bo każde niefortunne zdarzenie odsłania następne, następne i następne, a tylko ci, których żołądek zniesie tę dziwną i gorzką opowieść, powinni zapuszczać się głębiej w cebulę Baudelaire'ów. Przykro mi to mówić, ale dokładnie taka jest ta historia.

Sieroty Baudelaire byłyby szczęśliwe, gdyby jakaś cebula pojawiła się w pobliżu, gdy płynęły przez rozległy, pusty ocean w łodzi, która rozmiarami przypominała duże łóżko, ale była o wiele mniej wygodna. Gdyby takie warzywo się pojawiło, Wioletka, najstarsza z Baudelaire'ów, związałaby włosy wstążką, żeby nie wpadały jej do oczu, i w krótką chwilę wynalazłaby przyrząd, za pomocą którego wyciągnęłaby cebulę z wody. Klaus, środkowy z rodzeństwa i jedyny chłopiec, przypomniałby sobie pożyteczne fakty z jednej z tysiąca książek, które przeczytał, i byłby w stanie rozpoznać, jaki gatunek cebuli znaleźli i czy jest on jadalny. A Słoneczko, która dopiero co wyrosła z niemowlęctwa, pocięłaby cebulę w kawałki o odpowiedniej wielkości swoimi niezwykle ostrymi ząbkami, i użyłaby swoich nowoodkrytych zdolności kucharskich, żeby zmienić prostą cebulę w coś bardzo smacznego. Starsi Baudelaire'owie mogli wyobrazić sobie, jak ich siostra obwieszcza "Soubise!", co było jej sposobem na powiedzenie "Obiad podany".

Ale dzieci nie widziały cebuli. Nie widziały w ogóle zbyt wiele podczas swojej morskiej podróży, która zaczęła się, gdy Baudelaire'owie zepchnęli dużą, drewnianą łódź z dachu Hotelu Ostateczność, żeby uciec przez ogniem trawiącym hotel, a także przed przedstawicielami władzy, którzy chcieli aresztować dzieci za podpalenie i morderstwo. Wiatr i fale szybko odciągnęły łódź od płonącego hotelu, a o zachodzie słońca hotel i wszystkie inne budynki w mieście zlały się w odległą, rozmytą plamę. Teraz, następnego dnia, jedyny rzeczami, jakie mogli dostrzec Baudelaire'owie, była cicha, gładka powierzchnia morza i szarawy mrok nieba. Pogoda przypominała tę na Piaszczystej Plaży w dniu, w którym sieroty dowiedziały się o śmierci swoich rodziców i spłonięciu domu w okropnym pożarze, więc dzieci spędziły większość czasu w ciszy, myśląc o tym straszliwym dniu i wszystkich kolejnych straszliwych dniach. Siedzenie w dryfującej łodzi i myślenie o życiu byłoby całkiem spokojne, gdyby nie nieprzyjemny towarzysz Baudelaire'ów.

Ich towarzysz nazywał się Hrabia Olaf i Baudelaire'owie na swoje nieszczęście przebywali w towarzystwie tego straszliwego człowieka odkąd zostali sierotami, a on ich opiekunem. Olaf knuł intrygę za intrygą, żeby położyć swoje brudne łapy na ogromnej fortunie, którą zostawili Baudelaire'om rodzice, a chociaż żaden z jego planów się nie powiódł, zdawało się, że niegodziwość złoczyńcy wpłynęła po części na Baudelaire'ów - teraz oni i Olaf nie tylko płynęli tę samą łódką, ale także jechali na tym samym wózku. Zarówno dzieci, jak i Hrabia byli odpowiedzialni za kilka perfidnych zbrodni, ale choć Baudelaire'owie mieli przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby czuć się z tym paskudnie, to Hrabia Olaf przez ostatnie dni ciągle się tym przechwalał.

- Zwyciężyłem! - zakomunikował - co tutaj oznacza "powtórzył setny raz" - Hrabia Olaf. Stał dumnie z przodu łodzi, pochylając się w kierunku rzeźby przedstawiającej atakowanego przez ośmiornicę mężczyznę w stroju nurka, która służyła łodzi za galion. - Myślałyście, że możecie mi uciec, ale nareszcie jesteście w moich sidłach, sieroty!

- Tak, Olafie - zgodziła się Wioletka znużonym głosem. Najstarsza z dzieci Baudelaire'ów nie kłopotała się powiedzeniem, że wszyscy są całkiem sami na środku oceanu i równie dobrze możnaby powiedzieć, że to Olaf był w ich sidłach, a nie oni w jego. Westchnąwszy, Wioletka spojrzała na wysoki maszt łodzi, gdzie podarty żagiel zwisał bezwładnie na bezwietrznym powietrzu. Przez jakiś czas Wioletka próbowała wynaleźć sposób, dzięki któremu łódź poruszałaby się nawet bez wiatru, ale jedynymi przyrządami na pokładzie była para ogromnych łopat z solarium na dachu Hotelu Ostateczność. Dzieci próbowały używać łopat jako wioseł, ale wiosłowanie jest bardzo ciężkim zajęciem, zwłaszcza gdy czyjś towarzysz podróży jest zbyt zajęty przechwalaniem się, żeby pomóc, a Wioletka chciała wymyślić coś, dzięki czemu mogliby poruszać się łodzią nieco szybciej.

- Spaliłem Hotel Ostateczność - wykrzyknął Olaf, gestykulując teatralnie - i zniszczyłem WZS raz na zawsze!

- Ciągle nam to powtarzasz - mruknął Klaus, nie podnosząc wzroku znad swojego notesu z cytatami. Od dłuższego czasu Klaus spisywał w swoim granatowym notesie szczegóły sytuacji Baudelaire'ów - łącznie z faktem, że to oni, a nie Olaf, spalili Hotel Ostateczność. WZS było tajną organizacją, o której Baudelaire'owie słyszeli podczas swoich podróży i z tego, co wiedział Klaus, wcale nie została zniszczona - a przynajmniej nie całkowicie - chociaż kilku agentów WZS było w hotelu, gdy rozpoczął się pożar. Klaus analizował akurat swoje notatki na temat WZS i schizmy - ogromnej walki, w którą zaangażowani byli wszyscy członkowie organizacji i która miała coś wspólnego z cukiernicą. Środkowy z Baudelaire'ów nie wiedział, co znajdowało się wewnątrz cukiernicy, ani gdzie dokładnie znajdowała się jedna z najodważniejszych agentek WZS, kobieta o imieniu Kit Snicket. Dzieci spotkały Kit tylko raz, zanim wyruszyła w kierunku morza, chcąc skontaktować się z trojaczkami Bagiennymi, trójką dawno niewidzianych przyjaciół Baudelaire'ów, którzy podróżowali samowystarczalnym balonem. Klaus miał nadzieję, że notatki z jego notesie z cytatami - o ile będzie je studiował dość długo - pomogą mu ocenić, gdzie teraz się znajdują.

- A fortuna Baudelaire'ów jest nareszcie moja! - trajkotał dalej Olaf. - Nareszcie jestem bogaczem, a to oznacza, że wszyscy muszą robić to, co każę!

- Groch - powiedziało Słoneczko. Najmłodsza z Baudelaire'ów nie była już niemowlęciem, ale ciągle mówiła w nieco niezwykły sposób. "Groch" oznaczało "Do Hrabiego Olafa nic nie dociera", jako że fortuna Baudelaire'ów nie znajdowała się w dużej, drewnianej łodzi, więc trudno powiedzieć, żeby należała do kogokolwiek. Ale gdy Słoneczko powiedziało "groch", miała także na myśli "groch". Jedną z niewielu rzeczy, jakie Baudelaire'owie znaleźli na pokładzie, był duży słój z gumową uszczelką, który zaklinował się pod jedną z drewnianych ławek. Słoik był dość zakurzony i wyglądał na bardzo stary, ale uszczelka była nienaruszona, co oznacza tutaj "nie zniszczona, tak że jedzenie w środku wciąż było jadalne".

Z grochu można przygotować kilka pysznych potraw - rodzice Baudelaire'ów na przykład używali groszku do robienia podawanej na zimno sałatki z zielonego groszku, pomidorków koktajlowych i świeżej bazylii, zmieszanych razem z sokiem z limonki, oliwą z oliwek i pieprzem cayenne, co było przepyszną potrawą na upalne dni - ale bez innych składników, Słoneczko mogło zaserwować swoim towarzyszom tylko garstki gładkiej, białej papki, która wystarczała, aby utrzymać ich przy życiu, ale z pewnością nie była czymś, z czego młody szef kuchni mógłby być dumny. Podczas gdy Hrabia Olaf dalej się przechwalał, najmłodsza z Baudelaire'ów zerkała do słoika, zastanawiając się, jak mogłaby zrobić coś bardziej ciekawego z samego zielonego grochu.

- Sądzę, że najpierw kupię sobie nowy, błyszczący samochód - powiedział Hrabia Olaf. - Coś z silnikiem o dużej mocy, tak, żebym mógł jeździć powyżej dopuszczalnej prędkości, i z bardzo grubymi zderzakami, żebym mógł wjeżdżać w innych ludzi bez najmniejszego zarysowania! Nazwę ten samochód Hrabia Olaf, na moją część, a gdziekolwiek ludzie usłyszą pisk opon, będą mówili "Nadchodzi Hrabia Olaf!". Sieroty, kurs na najbliższego handlarza luksusowymi samochodami!

Baudelaire'owie spojrzeli po sobie. Jak zapewne wiecie, bardzo trudno znaleźć handlarza samochodami na środku oceanu, aczkolwiek słyszałem o sprzedawcy rikszy, który prowadził interes w grocie ukrytej głęboko w Morzu Kaspijskim. Jest bardzo trudno podróżować z kimś, kto ciągle czegoś żąda, zwłaszcza jeśli żąda on niemal niemożliwych rzeczy, więc dzieci przestały trzymać język za zębami, co tutaj oznacza "powstrzymywać się od informowania Olafa o jego głupocie".

- Nie możemy skierować się do handlarza samochodami - stwierdziła Wioletka. - Nie możemy skierować się w żadnym kierunku. Nie ma wiatru, a ja i Klaus jesteśmy wyczerpani wiosłowaniem.

- Lenistwo to żadna wymówka - warknął Olaf. - Ja też jestem wyczerpany moimi intrygami, ale w przeciwieństwie do was nie narzekam.

- Poza tym - wtrącił się Klaus - nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy, więc nie wiemy, dokąd powinniśmy płynąć.

- Ja wiem, gdzie jesteśmy - odparł drwiąco Olaf. - Jesteśmy na środku oceanu.

- Groch - zakomunikowało Słoneczko.

- Mam dość tej twojej niesmacznej papki! - burknął Olaf. - Jest gorsza nawet od sałatki, którą zwykli robić twoi rodzice! Wy, sieroty, jesteście ogólnie najgorszymi pomocnikami, jakich kiedykolwiek sobie pozyskałem!

- Nie jesteśmy twoimi pomocnikami! - wrzasnęła Wioletka. - Po prostu zdarzyło się nam razem podróżować!

- Wydaje mi się, że zapominasz, kto tu jest kapitanem - powiedział Hrabia Olaf, stukając brudnymi knykciami w galion łodzi. W drugiej dłoni trzymał swoją kuszę harpunową, okropną broń, w której ostatni ostry harpun był gotowy do wykorzystania w nieczystych celach. - Jeśli nie będziecie robić, co wam każę, rozwalę ten hełm i będziecie skazani na śmierć.

Baudelaire'owie spojrzeli z przestrachem na galion. W hełmie były zarodki Meduzoidalnego Mycelium, strasznego grzyba, które zatruwały każdego, kto nimi oddychał. Gdyby Baudelaire'owie nie zdołali znaleźć porcji wasabi, japońskiej przyprawy, która rozcieńczyła truciznę, Słoneczko jeszcze niedawno mogło stracić życie przez zabójcze właściwości grzyba.

- Nie odważyłbyś się uwolnić Meduzoidalnego Mycelium - powiedział Klaus z nadzieją, że jego głos jest nieco pewniejszy niż on sam. - Otrułbyś się tak szybko, jak my.

- Ekwiwalentna flotylla - powiedziało surowo Słoneczko do łotra.

- Nasza siostra ma rację - stwierdziła Wioletka. - Płyniemy tą samą łódką, Olafie. Nie ma wiatru, nie mamy pojęcia, dokąd wiosłować i kończy nam się jedzenie. Prawdę mówiąc, bez żadnego celu, sposobu na sterowanie łodzią i bez świeżej wody, nasza śmierć to kwestia kilku dni. Mógłbyś spróbować nam pomóc, zamiast ciągle nam rozkazywać.

Hrabia Olaf rzucił najstarszej z Baudelaire'ów złowieszcze spojrzenie i przeszedł do najdalszej części łodzi.

- Wy troje wynajdziecie sposób, żeby nas stąd wydostać - powiedział - a ja popracuję nad zmianą tabliczki z nazwą łodzi. Nie chcę, żeby mój jacht dalej nazywał się Karmelita.

Baudelaire'owie wyjrzeli za burtę i po raz pierwszy zauważyli przymocowaną grubą taśmą do tyłu łodzi tabliczkę, na której niechlujne bazgroły układały się w słowo "Karmelita". Zapewne miało to związek z Karmelitą Plujko, wstrętną dziewczynką, którą Baudelaire'owie pierwszy raz spotkali w straszliwej szkole, do której byli zmuszeni chodzić, a którą później w pewnym sensie zaadoptował Hrabia Olaf i jego narzeczona Esmeralda Szpetna, którą łotr porzucił w hotelu. Odkładając kuszę harpunową, Hrabia Olaf zaczął zdzierać taśmę swoimi otoczonymi brudem paznokciami, zrywając tabliczkę i odsłaniając inne imię znajdujące się pod spodem.

Chociaż Baudelaire'owie nie dbali o imię łodzi, która teraz była ich domem, byli wdzięczni, że łotr znalazł sobie jakieś zajęcie, podczas gdy oni mogli spędzić kilka minut na rozmowie.

- Co możemy zrobić? - wyszeptała Wioletka do rodzeństwa. - Słoneczko, czy zdołałabyś złowić dla nasz jakieś ryby?

Najmłodsza z Baudelaire'ów potrząsnęła głową.

- Bez przynęty - powiedziało Słoneczko. - Bez sieci. Nurek?

- Nie sądzę - odparł Klaus. - Nie powinnaś nurkować bez odpowiedniego wyposażenia. Mogłabyś się natknąć na którąś ze złowrogich rzeczy, których tu pełno.

Baudelaire'owie zadrżeli na myśl o czym, na co natknęli się na pokładzie łodzi podwodnej o nazwie Queequeg. Zdołali zobaczyć tylko przypominający znak zapytania wykrzywiony kształt na ekranie radaru, ale kapitan łodzi powiedział im, że to coś gorszego niż sam Olaf.

- Klaus ma rację - stwierdziła Wioletka. - Nie powinnaś tutaj pływać. Klaus, a może ty znalazłeś w swoich notatkach coś, co doprowadzi nas do innych?

Klaus zamknął swój notes z cytatami i potrząsnął głową.

- Obawiam się, że nie - powiedział. - Kit mówiła nam, że chce skontaktować się z kapitanem Widdershinsem i spotkać się z nim przy pewnej kępie wodorostów, ale nawet gdybyśmy wiedzieli, która to kępa, nie wiedzielibyśmy, jak się tam dostać bez odpowiedniego sprzętu nawigacyjnego.

- Mogłabym chyba zrobić busolę - odparła Wioletka. - Potrzebowałabym tylko małego kawałka namagnetyzowanego metalu i zwykłą igłę. Ale może nie powinniśmy przyłączać się do innych wolontariuszy. Pomimo wszystko, wpędziliśmy ich w spore kłopoty.

- To prawda - przyznał Klaus. - Mogą się nie ucieszyć na nasz widok, zwłaszcza, jeśli będziemy z Hrabim Olafem.

- Chyba że - powiedziało Słoneczko, patrząc na łotra, który ciągle odrywał tabliczkę z imieniem.

Wioletka i Klaus wymienili nerwowe spojrzenia.

- Chyba że co? - zapytała Wioletka.

Słoneczko przez chwilę milczało, a potem zerknęło w dół na strój boya, które nosiło od swojego pobytu w hotelu.

- Olaf za burtę - wyszeptało.

Starsi Baudelaire'owie ciężko westchnęli, nie tylko z powodu tego, co powiedziało Słoneczko, ale także dlatego, że mogli sobie bez problemu wyobrazić zdradziecki czyn, który opisała ich siostra. Z Olafem za burtą, Baudelaire'owie mogliby popłynąć gdzieś bez ingerencji złoczyńcy ani jego gróźb co do uwolnienia Meduzoidalnego Mycelium. Resztę fasoli można byłoby podzielić pomiędzy mniej osób, a gdyby dotarli do Kit Snicket i Bagiennych, nie byłoby z nimi Olafa. W pełnym zakłopotania milczeniu skierowali wzrok na tył łodzi, gdzie Olaf przechylał się przez burtę, żeby zerwać tabliczkę. Cała trójka była w stanie wyobrazić sobie, jak łatwo można byłoby go popchnąć na tyle mocno, żeby łotr stracił równowagę i wpadł do wody.

- Olaf nie zawahałby się przed wyrzuceniem nas za burtę - powiedziała Wioletka tak cicho, że rodzeństwo z trudem ją usłyszało. - Gdybyśmy nie byli mu potrzebni do wiosłowania, wrzuciłby nas do morza.

- WZS też by się nie zawahało - stwierdził Klaus.

- Rodzice? - zapytało Słoneczko.

Baudelaire'owie wymienili kolejne zakłopotane spojrzenie. Dzieci poznały niedawno tajemnice na temat swoich rodziców i ich niejasnej przeszłości - plotkę dotyczącą ich rodziców i pudełka z zatrutymi rzutkami. Wioletka, Klaus i Słoneczko, niczym wszystkie dzieci, zawsze chcieli przedstawiać swoich rodziców w jak najlepszym świetle, ale z biegiem czasu byli tego coraz mniej pewni. Rodzeństwo potrzebowało busoli, ale nie takiej, o jakiej wspominała Wioletka. Najstarsza z Baudelaire'ów mówiła o busoli nawigacyjnej, która jest przyrządem pozwalającym ludziom na podanie prawidłowego kierunku morskiej żeglugi. Baudelaire'owie natomiast potrzebowali moralnej busoli, która jest czymś wewnątrz człowieka, w jego mózgu lub być może w sercu, która mówi ci, co powinieneś zrobić w danej sytuacji. Jak wie każdy dobry wynalazca, busola służąca do nawigacji jest zrobiona z kawałka namagnetyzowanego metalu i zwykłej igły, ale elementy busoli moralnej nie są tak jasne. Niektórzy sądzą, że wszyscy rodzimy się z busolą moralną wewnątrz nas, tak jak z wyrostkiem robaczkowym albo strachem przed robakami. Inni uważają, że busola moralna rozwija się z czasem, gdy uczymy się o decyzjach innych obserwując świat i czytając książki. W każdym z przypadków busola moralna jest delikatnym przyrządem, a gdy dorastamy i ryzykujemy pójście w świat, coraz trudniej jest rozpoznać, który kierunek wskazuje czyjaś busola moralna, i coraz ciężej rozpoznać, co powinniśmy zrobić. Gdy Baudelaire'owie pierwszy raz spotkali Hrabiego Olafa, ich busole moralne nigdy nie kazałyby im pozbyć się tego strasznego człowieka, czy to przez zepchnięcie go z okna jego pokoju w tajemniczej wieży, czy to poprzez utopienie go razem z jego długim, czarnym automobilem. Ale teraz, stojąc na pokładzie Karmelity, sieroty nie były pewne, co powinny zrobić z łotrem, który wychylał się z łodzi tak mocno, że jedno lekkie pchnięcie mogłoby wysłać go do mokrego grobu.

Ale tak się składa, że Wioletka, Klaus i Słoneczko nie podjęli decyzji, bo w tej chwili, jak w wielu chwilach w życiu Baudelaire'ów, decyzja została podjęta za nich, gdy Hrabia Olaf wyprostował się i triumfalnie uśmiechnął się do dzieci.

- Jestem genialny! - ogłosił. - Rozwiązałem wszystkie nasze problemy! Popatrzcie!

Łotr wskazał jednym ze swoich grubych kciuków za siebie, a gdy Baudelaire'owie wychylili się za burtę, zobaczyli, że tabliczka z imieniem "Karmelita" została usunięta, a na jej miejscu znajduje się tabliczka opatrzona napisem "Hrabia Olaf", chociaż ona również była przymocowana do łodzi taśmą klejącą, więc wydawało się, że pod tą tabliczką jest jeszcze jedna.

- Zmiana nazwy łodzi nie rozwiązuje naszych problemów - powiedziała zmęczonym głosem Wioletka.

- Wioletka ma rację - potwierdził Klaus. - Ciągle potrzebujemy celu, sposobu na sterowanie łodzią i świeżej wody.

- Chyba że - powiedziało Słoneczko, ale Hrabia przerwał najmłodszej z Baudelaire'ów łobuzerskim chichotem.

- Wy troje jesteście naprawdę przygłupi - powiedział łotr. - Patrzcie na horyzont, głupcy, i zobaczcie, do czego się zbliżamy! Nie potrzebujemy celu ani sposobu sterowania, bo popłyniemy tam, gdzie to nas zabierze! I zaraz dostaniemy więcej świeżej wody, niż moglibyśmy wypić przez całe życie!

Baudelaire'owie popatrzyli na morze i zobaczyli, o czym mówi Olaf. Po niebie, niczym plama atramentu na drogocennym dokumencie, rozlewała się ogromna masa czarnych chmur. Na środku oceanu gwałtowny sztorm może pojawić się znienacka, a ten sztorm zapowiadał się bardzo gwałtownie - bardziej gwałtownie, niż Huragan Herman, który zagroził życiu Baudelaire'ów jakiś czas temu podczas ich podróży przez Jezioro Łzawe i który skończył się tragedią. Dzieci mogły już dostrzec cienkie, ostre linie deszczu, który padał niedaleko od nich, a tu i tam chmury rozbłyskały ostrym światłem.

- Czy to nie cudowne? - zapytał Hrabia Olaf. Jego włosy trzepotały na wietrze. Przez nikczemny śmiech łotra przebijały się dźwięki nadchodzących grzmotów. - Taki sztorm jest odpowiedzią na wszystkie wasze lamenty!

- Łódź może zostać zniszczona - powiedziała Wioletka, patrząc z niepokojem na potargane żagle. - Łódź tych rozmiarów nie jest przystosowana do stawiania czoła ciężkim sztormom.

- Nie mamy pojęcia, dokąd nas zaprowadzi - odparł Klaus. - Możemy wylądować jeszcze dalej od cywilizacji.

- Wszyscy za burtą - dodało Słoneczko.

Hrabia Olaf znowu popatrzył na horyzont i uśmiechnął się, tak jakby sztorm był jego starym przyjacielem, który składa mu wizytę.

- Tak, takie rzeczy mogą się zdarzyć - powiedział ze złośliwym uśmiechem. - Ale co chcecie z tym zrobić, sieroty?

Baudelaire'owie również skierowali wzrok w kierunku, z którego nadciągał sztorm. Trudno było uwierzyć, że kilka chwil temu horyzont był czysty, a teraz wielka masa deszczu i wiatru czerniła niebo i zbliżała się coraz bardziej. Wioletka, Klaus i Słoneczko nie mogli nic z tym zrobić. Umysł wynalazcy, notatki badacza i zaskakujące umiejętności adeptki sztuki kulinarnej nie mogły się równać z tym, co nadchodziło. Burzowe chmury rozpościerały się coraz bardziej, niczym warstwy obieranej cebuli albo złowrogi sekret, który staje się coraz bardziej tajemniczy. Niezależnie od tego, co doradzały im busole moralne, Baudelaire'owie wiedzieli, że w tej sytuacji jest tylko jeden wybór i że nie mogą nic zrobić, podczas gdy sztorm ogarniał dzieci i łotra, którzy stali razem w tej samej łodzi.

Tłumaczenie: Random

idź do góry
© Copyright 2006-2010 Random and Luniasta / XHTML 1.0 Strict Valid /
gdyby nie fakt, że Internet Explorer to beznadziejna przeglądarka, nie byłoby tego tekstu