Wielce Zwodnicza Scenografia Strony - wybierz przebranie: Sprawa Baudelaire'ów, Tajemnica WZS lub Snicket

Oddany

Autor: Phoebonica
Tłumaczenie: Random (za zgodą autora)
Tytuł: Oddany
Tytuł oryginału: Devoted
Oryginał pod adresem: http://www.fanfiction.net/s/2969806/1/
Długość: ok. 2376 słów

Burzliwy i tragiczny przebieg romansu Lemony'ego i Beatrycze.

Oddany

Lemony wiedział wszystko o zakochiwaniu się - teoretycznie. Czytał na ten temat wystarczająco dużo, by zorientować się, że nareszcie przydarzyło się to jemu, chociaż uświadomił sobie wtedy, że wszystkie słowa we wszystkich przeczytanych przez niego książkach były beznadziejnie nieodpowiednie. Nigdy nie przyszło mu jakoś do głowy, że kobieta może dosłownie zawrócić mu w głowie, że za każdym razem, gdy znajdzie się blisko niej, będzie czuł się tak, jakby miał osunąć się na ziemię, pozbawiony kontroli nad sobą i wsparcia. Wszystkie źródła podawały, że to cudowne uczucie i naprawdę takie było, ale nie zdawał sobie sprawy, że to cudowne uczucie może być tak bardzo podobne do przerażenia. Nie wiedział tego, pragnąc bardziej niż czegokolwiek innego na świecie być blisko niej i będąc zazdrosnym o powietrze, którym oddychała, o posiłki, które jadła, o automatyczne ołówki, którymi nanosiła uwagi na scenariusze, ale gdy tylko wchodziła do pokoju, musiał się ukryć, inaczej nie mógłby oddychać. Pewnego razu wyszedł przez okno biblioteki, żeby uniknąć przejścia obok niej, chociaż była tak pochłonięta książką o systemie Stanisławskiego, że najprawdopodobniej nie podniosłaby nawet na niego wzroku.

Dlatego też było łatwiej, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, zwinąć się w łóżku z zasuniętymi zasłonami, kolanami przyciągniętymi do piersi, ściskając obiema rękami poduszkę i udając, że wszystko minie, gdy tylko w końcu trochę odpocznie.

Ktoś zapukał do drzwi i wszedł do środka bez czekania na odpowiedź.

- Przysłali mnie, żebym cię obejrzał - powiedział Jacques, podchodząc i dotykając czoła Lemony'ego wierzchem dłoni, jak gdyby było drzwiami potencjalnie płonącego pokoju. - Boli cię coś? Nudności? Ból głowy? Zauroczenie jakąś wolontariuszką? Brak apetytu?

Lemony usiadł tak szybko, że pociemniało mu przed oczami i niemal opadł z powrotem na łóżko. Przez jego myśli przeleciała setka możliwych odpowiedzi, szczebiocząca plama "skąd wiesz", "to nie jest zauroczenie" i "Boże, musisz mi pomóc". Powiedział coś i Jacques zdawał się zrozumieć, więc musiały to być przynajmniej faktycznie słowa. Usiadł na łóżku, delikatnie odrywając dłonie Lemony'ego od rękawa swojej koszuli.

- Braciszku - powiedział. - Biedny petit frére. Mam to już za sobą, rozumiesz. Wiem, jak się z tym czujesz, chociaż zdaję sobie sprawę, że musisz mi wierzyć na słowo.

To zdawało się być mało prawdopodobne, ale Lemony nie był w nastroju do kłótni.

- Co mam zrobić? - zapytał, zaciskając odruchowo palce na kocu.

- Cóż - powiedział Jacques, kładąc rękę na jego ramieniu - zbliża się bal maskowy w posiadłości Winnipegów. Powinieneś zapytać ją, czy z tobą pójdzie.

Mógł równie dobrze zaproponować połknięcie kilku żyletek.

- Nie mogę! - wydusił z siebie Lemony, zwlekając się z łóżka i patrząc na Jacquesa jak gdyby ten stracił umysł, który oczywiście miał. - Nie rozumiesz? Mówimy o Beatrycze! Każdą inną mógłbym zaprosić, a ona mogłaby się nawet zgodzić - zdarzają się dziwniejsze rzeczy - ale Beatrycze jest... - Przełknął, starając się doprowadzić głos do normalnej wysokości. - ...idealna. Nie ma najmniejszych powodów, żeby chcieć się ze mną umówić. Żadnych powodów.

- A są powody, dla których miałaby nie chcieć?

Było nieskończenie wiele powodów, dla których mogłaby nie chcieć: wszystkie związane z nim i związane z nią, i z niezliczonymi innymi ludźmi, były powody wpisane w strukturę wszechświata, przez które Beatrycze nigdy nie chciałaby z nim zatańczyć, i było irytująco niewiarygodne, że nie potrafił teraz przypomnieć sobie żadnego z nim. Jacques przechylił głowę na bok, udając szczerą ciekawość. Lemony zamachał rękami.

- Sądzisz, że mi pomagasz? - warknął. - Chcesz wiedzieć, dlaczego jej nie zaproszę? Nie chodzi o to, że by mi odmówiła. Chodzi o to, że za każdym razem, gdy spojrzałaby na mnie, pamiętałaby, że ją zaprosiłem, a ja wiedziałbym, że ona wie, co o niej myślę, a cała organizacja wiedziałaby, że ten biedny Lemony jest beznadziejnie zadurzony w osobie, której nigdy nie będzie miał. Teraz, gdy jestem dla niej tylko kolejnym wolontariuszem, jest wystarczająco źle. Nie mogę stawić temu czoła. Nie mogę... - jego głos opadł i Lemony potrząsnął głową. - Po prostu nie mogę.

Jacques westchnął.

- Lemony, chodź tutaj.

Lemony odwrócił się od niego. Jacques przewrócił oczami i wstał, chwytając brata za ramionami i popychając go z powrotem na łóżko.

- Po pierwsze, nie wiesz, czy ona ci odmówi - nie zaprzeczaj - nie wiesz. A po drugie, nawet jeśli odmówi, cóż... - westchnął znowu. - To boli. To jedno z najgorszych możliwych uczuć i znienawidzisz mnie za zachęcanie cię do tego i siebie za słuchanie mnie, a resztę życia będziesz chciał spędzić w jaskini nie utrzymując kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale czy to naprawdę będzie gorsze od tego, co teraz czujesz?

- Może być - mruknął Lemony, wlepiając wzrok w podłogę.

- Chcesz dalej tak trwać?

I w tym tkwił problem. Nie był w stanie dalej tak trwać. Właściwie zapraszanie Beatrycze na randkę było... cóż, jeśli wcześniej tylko zawróciła mu w głowie, to teraz mogła popchnąć go w stronę przepaści. Ale nie mógł iść w inną stronę. Występ, na którym stał, zaczął się już kruszyć i mógł zrobić już tylko krok do przodu i mieć nadzieję, że gdy rozpadnie się na kawałki na ostrych kamieniach poniżej, śmierć będzie szybka i bezbolesna.

Powiedziała "tak".

Dokładniej, powiedziała "oczywiście."

- Oczywiście, że z tobą pójdę, Lemony - powiedziała, a on chwycił się krawędzi biurka, jak gdyby ziemia usunęła mu się spod nóg, jak gdyby jego lot w dół przepaści został zatrzymany przez orła chwytającego go w swoje szpony i unoszącego w powietrze albo przez wielką sieć, zrzuconą z helikoptera. A może odniósł nagle wrażenie, że może gdzieś na dole urwiska jest trampolina, gotowa wyrzucić go z powrotem w niebo. Może nadszedł w końcu czas na przestanie wymyślania metafor i powiedzenie czegoś wreszcie, gdyby tylko mógł zmusić swój umysł do robienia czegoś poza powtarzaniem "oczywiście, oczywiście" w przeróżnych tonach dezorientacji i szoku.

- Gnk - powiedział, ale to nie było nawet słowo, więc zebrał się w sobie i zapytał: - Pójdziesz... ze mną? To wspaniale, nie mogę się doczekać - starał się, by jego głos brzmiał całkiem normalnie.

Uśmiechnęła się do niego. (Uśmiechnęłasiędoniegouśmiechnęłasiędoniego.) Jakiś zegar wybił godzinę, a ona zerknęła na zegarek na swojej ręce i powiedziała:

- Do licha, muszę już iść. Zobaczymy się później, dobrze?

Kiwnął głową. Dotknęła jego ramienia, zamieniając go na chwilę w złotą statuę, która mogła tylko powtarzać jak echo zobaczymy się później i patrzeć z nabożną czcią, jak Beatrycze się oddala, wymachując swoją torbą z notatnikami i wyposażeniem, chociaż on tylko zaprosił ją na bal.

***

- Beatrycze?

- Hmm?

Księżyc rzucał prążki światła na koce, pod którymi leżeli razem, wtuleni w swoje ramiona.

- Czy jesteś...? - wyszeptał Lemony. - To... to znaczy, czy to... czy ty...?

Beatrycze przytuliła się do niego ciaśniej.

- To było urocze, kochanie. Ty byłeś uroczy. Widzisz, nie musisz mnie pytać za każdym razem. Przecież kochaliśmy się już wcześniej.

- Chciałbym być po prostu dla ciebie idealny.

- Wiem, że chciałbyś. - Pogłaskała jego policzek, jej palce delikatnie wodziły po jego skórze. - Ale świat nie skończyłby się, gdyby coś nie było idealne raz na jakiś czas. Poradziłabym sobie z tym.

Pocałował jej dłoń.

- Tak, ale nie chciałbym, żebyś musiała mi cokolwiek wybaczać. Nie chciałbym zrobić niczego, co by cię nie uszczęśliwiło. Chciałbym... chciałbym sprawić, żebyś czuła się tak, jak ja czuję się dzięki tobie.

- Przecież dokładnie to robisz. - Usiadła i pocałowała go w usta, popychając go z powrotem na poduszki, gdy oddał pocałunek, wodząc dłonią wzdłuż jej kręgosłupa. - Mój Lemony - zamruczała, odrywając się od niego. - Wiesz, że cię kocham.

- Wiem. - Przyciągnął ją bliżej, jedną dłoń wplatając w jej włosy, gdy oparła głowę na jego ramieniu. - I wiem, jak bezgranicznie jestem szczęśliwy. Ach, Beatrycze. Nie zasługuję na ciebie. Ja...

- Nie mów tego. - Odepchnęła jego ramię, marszcząc brwi. - Zawsze to mówisz. Czasami zachowujesz się, jakbyś bał się nawet mnie dotknąć.

- Czasami się boję. Troszkę. Jesteś jak... jak rzadkie pierwsze wydanie. Jesteś drogocenna i delikatna, i powinnaś być trzymana w bezpiecznym miejscu, gdzie nic nie mogłoby cię uszkodzić. Boję się, że mógłbym cię poplamić albo potargać, albo zostawić odciski palców.

Beatrycze uniosła brwi.

- Nie jestem zrobiona z papieru, Lemony.

- Ale jesteś równie ważna. Znaczysz dla mnie więcej niż jakakolwiek książka.

- To jest... - Opadła z powrotem na poduszki z cichym westchnieniem. - Mniejsza z tym. Ty także jesteś mi bardzo drogi, pamiętaj o tym.

- Staram się jak mogę.

- Wiem. - Zamknęła oczy. - Dobranoc, mój Lemony.

- Dobranoc.

***

Niemal zapomniał, jaki to był dzień. Rozumiał przez to, że nie zapomniał wcale, nie zdołał zapomnieć nawet z pomocą lobotomii wykonanej przez kogoś z zanikiem mięśni i kilkoma latami alkoholizmu za sobą, ale był przynajmniej zdolny do zepchnięcia tego w kąt umysłu.

Gdyby pomyślał o tym, unikałby w ogóle czytania gazety. Kupił ją tylko w pierwszym lepszym miejscu po to, by użyć jej jako sygnału dla Beli. A może przeczytałby ją i tak, może było nieuchronne, że tamtego dnia usiądzie w kawiarni nad brzegiem morza z filiżanką kiepskiej czarnej kawy i będzie czytał zapowiedzi wesel, tylko z jakiejś perwersyjnej chęci wprowadzenia się w najbardziej możliwie przygnębiający stan.

Ale w kawie nie było cukru.

Ogłoszenie miało tylko trzy linijki. Czytał je już przez pół godziny i gdzieś w jego głowie jakiś głos przypominał mu, że mógłby chcieć obrócić stronę zanim zacznie wyglądać podejrzanie dla innych klientów. Zignorował to, czy może raczej to jego ręce odmówiły posłuszeństwa, nie były zdolne do ruchu. W żadnym przypadku obracanie strony nie powstrzymałoby go przed czytaniem tych słów. Towarzyszyłyby mu przez całe biblioteki pełne kartek. Mógł przeczytać te trzy linijki jeszcze raz nawet gdyby wykłuł sobie oczy, wciąż coraz wyraźniej, bo nie było już nic innego do zobaczenia.

Cóż, niezupełnie. Były oczywiście inne słowa, ręcznie napisane słowa, które czytał przez lata, które szeptały do niego znowu spomiędzy tych wydrukowanych.

...nie mogę uwierzyć, że tak długo łudziłam się twoimi pustymi obietnicami. Lemony, jesteś nie tylko hańbą dla WZS, jesteś...

Dwieście stron ręcznie napisanych słów. Pamiętał wszystkie skreślenia, wszystkie kleksy, nauczył się na pamięć sposobu, w jaki pętla y zataczała łuk, gdy pisała jego imię.

...mam nadzieję, że któregoś dnia złapią cię i oddadzą w ręce sprawiedliwości, oczywiście, lecz poza tym mogę stanowczo stwierdzić, że nie mam żadnego interesu w...

Papier rozmył się, wszystkie szczęśliwe pary i nowi rodzice, których nigdy nie poznał, rozmyli się w cienką szarą falę.

...Znalazłam nareszcie kogoś, kto traktuje mnie jak osobę z krwi i kości...

...i to po prostu było nie w porządku, bo owszem, mogła uważać go teraz za zdrajcę, ale czy kiedykolwiek źle ją traktował? Była dla niego wszystkim, wszystkim, była aniołem, boginią, tworem czystego piękna, więc jak mógłby...

- Proszę pana, wszystko w porządku?

Spojrzał w górę i zobaczył kelnerkę z tacą pełną filiżanek po kawie, patrzącą na niego z niezadowoleniem, jak gdyby chciała znaleźć jakąś szmatę i zetrzeć go. Nagle uświadomił sobie, że obrus był pokryty mokrymi plamami, a jego dłonie były wysmarowane świeżym tuszem, więc złożył gazetę na pół i pośpiesznie wetknął ją do swojej aktówki.

- Proszę pana?

Wstał i wyciągnął portfel z zamiarem zapłacenia za kawę i poczekania na Bela na zewnątrz.

- Wszystko... - zaczął, chcąc powiedzieć, że wszystko w porządku, ale "w porządku" uwięzło mu w gardle i wydał z siebie tylko zduszony szloch. Kelnerka cofnęła się o krok, wlepiając w niego szeroko otwarte brązowe oczy.

- Jej szczęście jest moim szczęściem - wydusił z siebie, rzucając na stół garść monet, i uciekł z kawiarni, niemal zderzając się z Belą.

***

...podążają w zgoła niepożądanym - "zgoła niepożądany" znaczy tu "bardzo, bardzo niewłaściwym i wróżącym wiele zmartwień" - kierunku.

Lemony wysunął ostatnią stronę z maszyny do pisania i prześledził ją wzrokiem w poszukiwaniu błędów. Bolały go ręce, tępym, uporczywym bólem, który mówił mu, że pisał dłużej, niż myślał. Zerknięcie na zegar potwierdziło jego przypuszczenia - była trzecia nad ranem, a podłoga wokół niego była wyściełana pomiętymi kartkami i notatnikami, które ześliznęły się z biurka. Nie był zmęczony, a przynajmniej nie chciało mu się spać. W jego umyśle wciąż kłębiły się obrazy dzieci: Wioletki w sukni ślubnej, Słoneczka dyndającego w klatce i Klausa czytającego do późnej nocy.

Dołączył kartkę do reszty maszynopisu, delikatnie oklepując arkusze, żeby je wyrównać, i odwrócił cały plik papieru. Były tam pierwsze słowa, które napisał miesiące wcześniej - "Jeśli szukacie opowieści ze szczęśliwym zakończeniem, poczytajcie sobie lepiej coś innego". Nie tak planował rozpoczęcie tej historii, ale było lepsze od innych wariantów, a teraz prawie kończył ją pisać. Niezupełnie. Pozostała jedna rzecz do zrobienia. Wziął do ręki wieczne pióro i zawahał się, próbując zdecydować, co powinien powiedzieć.

"Dla B..." - zaczął i zaraz przerwał, a jego dłoń nagle zaczęła drżeń. Mały, zakurzony pokoik zawirował wokół niego i starczyło mu czasu tylko na odłożenie pióra na biurko i ukrycie twarzy w ramieniu, zanim wybuchnął płaczem. Zdarzyło mu się to już dwa razy tej nocy. Pierwszy raz trwało to tylko dziesięć minut, ale za drugim razem szlochał prawie przez godzinę i ocknął się skulony na podłodze pod swoim biurkiem, zemdlony i drżący od palącego bólu w głębi gardła. Próby przerwania płaczu były oczywiście bezcelowe, nauczył się tego już dawno. Jedynym sposobem było przeczekanie, nawet jeśli zdawało się, że to nigdy się nie skończy, ponieważ mógł przecież wyczerpać się i zasnąć. Pomimo to czasami w czasie czarnych dni tuż po tym, jak ją stracił, budził się, wciąż płacząc.

Zgoła niepożądany. To były właściwe słowa. Jego życie, jej śmierć, projekt, w którym miał zamiar wytłumaczyć te dwie rzeczy, były naprawdę zgoła niepożądane. Odczuł nagle gwałtowną chęć do potargania maszynopisu, do wyrzucenia przez okno kartek, które pozostały, i do wyrzucenia przez okno tego, co pozostało z niego. To były przecież tylko dwie niewiele znaczące, zgoła niepożądane rzeczy, ale oczywiście nigdy nie zrobiłby tego, nie w rzeczywistości, bo jak mógłby pomścić jej śmierć, samemu będąc martwym?

Jej jedyna fotografia, która nie obróciła się w dym i popiół, była teraz przyczepiona do ściany nad jego biurkiem. Podnosił na nią wzrok, ocierając łzy wierzchem drżącej dłoni.

- Wiesz, że nie tego chciałem, najdroższa - powiedział. - Nigdy więcej cię nie opuszczę. Ciągle jesteś dla mnie wszystkim.

Nie odpowiedziała, nie odwróciła się nawet do niego, szara plama jej ciała na zawsze zastygła w półobrocie. Lemony spuścił głowę.

- Ciągle wszystkim - powtórzył miękko. - Przestałaś mnie kochać, ale ja nadal kocham ciebie.

"Dla Beatrycze - ukochanej, upragnionej, umarłej." Dwie prawdziwe słowa i jedno zgoła niepożądane. To była najmniejsza część tego, co chciał jej dać, ale to był dopiero początek.

idź do góry
© Copyright 2006-2010 Random and Luniasta / XHTML 1.0 Strict Valid /
gdyby nie fakt, że Internet Explorer to beznadziejna przeglądarka, nie byłoby tego tekstu