Wielce Zwodnicza Scenografia Strony - wybierz przebranie: Sprawa Baudelaire'ów, Tajemnica WZS lub Snicket

Zabawa zapałkami

Autor: Phoebonica
Tłumaczenie: Random (za zgodą autora)
Tytuł: Zabawa zapałkami
Tytuł oryginału: Playing With Matches
Oryginał pod adresem: http://www.fanfiction.net/s/3009305/1/
Długość: ok. 3700 słów

Kiedy Lemony skończył spisywać dzieje Baudelaire'ów, członkowie WZS, w zakłopotaniu wobec ujawnionych faktów, odwrócili się od niego i tylko Wioletka go odwiedza. Nawiązuje się między nimi niecodzienna więź.

Zabawa zapałkami

Wioletka jest w tym czasie jedyną osobą, która go odwiedza. Wolontariusze szanują go, nawet podziwiają, ale pomimo to nie mówią o nim ani nie myślą zbyt wiele. Wszyscy doceniają, że ocaliła ich jego praca, że to on wyciągnął prawdę na światło dzienne i dopilnował, żeby złoczyńcy zostali potępieni, a niewinni oczyszczeni z zarzutów, ale w trakcie tego ujawnił niewygodne fakty. Czyny, które zdawały się nie być tak szlachetne, jak powinny. Został więc odsunięty na bok ze swoim "tak, ale jednak...", niczym nieproszony wyrzut sumienia.

A może nie chodziło o to. Może odpędzał ludzi z własnej woli, może to nie poczucie winy sprawiało, że czuli się nieswojo, tylko nieszczęście i strata, którymi osłaniał się niczym tarczą. Może chodziło o to, że stawiał sprawę jasno - nikt nie może nic dla niego zrobić, i, pomimo wszystko, lżej było mu znosić samotność, gdy nie było przy nim nikogo, kto by ją podkreślał. Nawet jego wydawcy przystali pytać go o niejasne obietnice "nowej sprawy", które złożył kiedyś, aby ich udobruchać. Teraz musiało być już dla nich jasne, że nie miał nic więcej do powiedzenia.

Wioletka była wyjątkiem. Wioletka przychodziła, a on otwierał drzwi i witał ją, nie z uśmiechem, ale zawsze ze szczerą przyjemnością, że ją widzi. Również się cieszyła, pomimo że jej twarz także pozostawała poważna. Szli do salonu nie rozmawiając o niczym ważnym, gawędząc jak każda inna para przyjaciół, a gdy ona siadała w fotelu obok pustego kominka, on wyjmował z kredensu karafkę i nalewał im po kiliszku brandy. (To były jedyne okoliczności, w jakich pili alkohol. Nie rozmawiali o tym nigdy, ale oboje wiedzieli, co może stać się z kimś, kto pije w samotności, i złożyli odrębne przysięgi, że nie stoczą się w taki sposób.) Siedzieli i rozmawiali, a ich rozmowy stopniowo dotykały coraz poważniejszych tematów.

Najczęściej to Wioletka mówi najdłużej. Jej życie ciągle trwa w ruchu, ciągle się zmienia, codziennie nowe próby. Lemony jest teraz spokojny. Po dekadach ucieczek jego życie stało się całkiem statyczne i podejrzewał, że powinien być za to wdzięczny. Jest bezpieczny i ma nawet dom. Jego rozmowy zazwyczaj krążą wokół przeszłości, a nie ma w niej zbyt wiele rzeczy, które chciałby pamiętać.

Wioletka mówi o swoim domu: mieszkaniu, które kupiła za swoją część fortuny Baudelaire'ów. Mówi o Klausie: o tym, ile czasu minęło, odkąd ostatnio rozmawiali, o plotkach na temat jego współpracy z wolontariuszami. Gdy o tym mówi, jej głos jest chłodny, bo Wioletka nie jest wolontariuszem i nigdy nie będzie. ("Tego chcieli nasi rodzice!" - nalegał Klaus. "To była praca ich życia, nie możesz tego zlekceważyć!" Wioletka krzyczała: "Nie mogę, tak? Wszystko, co popsuło się w naszym życiu, Klaus, popsuło się przez tę organizację!".) Nie będzie rozmawiała z żadnym z nich poza Klausem. I poza Lemonym, oczywiście, ale nawet bez mówienia o tym głośno wiedzieli oboje, że on się nie liczy. Nazywał się ciągle wolontariuszem, bo nie wiedział, jak być kimś innym.

Mówi o Słoneczku. Kiedy mówi o Słoneczku, jest już prawie noc, karafka jest w połowie opróżniona, a dłonie Wioletki są splecione na kolanach - chce zamaskować ich drżenie. Mówi o miejscu, w którym mieszka teraz Słoneczko - tak zawsze je nazywa, "miejsce", nigdy nie powie "dom zastępczy". Lemony popełnił raz błąd i użył tego terminu, a ona cisnęła kieliszek na stół, sycząc "to nie jest jej dom" i wyszła, zanim zdążył coś powiedzieć. Wybaczyła mu jednak, zapukała do niego następnego ranka i przeprosiła go, wlepiając wzrok w zielone oko na wycieraczce. Powiedział jej, że nie powinno jej być przykro. To jemu było przykro. Nie poruszyli już nigdy tego tematu.

Dziwnie było oglądać ją w świetle dziennym. Zdawała się być mniejsza, młodsza, bardziej podobna do dziewczynki, którą pamiętał ze swojej pracy badawczej, ze starych fotografii i nowych ilustracji. Oczywiście, nie jest już dziewczynką - jest młodą, dwudziestotrzyletnią kobietą. Są rzeczy, które sprawiają, że zaskakująco łatwo przychodzi mu pamiętanie o tym. Jej kości policzkowe. Sposób, w jaki poruszają się jej ręce, kiedy mówi, sposób, w jaki krzyżuje nogi w kostkach, gdy siada (chociaż na jej skórze nie ma żadnych tatuaży). Lemony stara się o tym nie myśleć - to niezdrowe i sentymentalne, i nie ma powodu, żeby obarczać tym Wioletkę - ale czasami, kiedy światło przygasa, wymyka mu się to znienacka:

- Jesteś taka podobna do swojej matki.

Ku jego zdziwieniu Wioletka nie protestuje. Wydaje się nawet być zainteresowana.

- Opowiedz mi o mamie - mówi, biorąc łyk ze swojego kieliszka.

Ona naprawdę ma prawo wiedzieć. A on być może ma prawo opowiedzieć o tym komuś. Ostatnio rzadko mówi o Beatrycze, bo minęło już tyle lat, a każdy zna tę historię i Lemony nie musi narzucać się ludziom, który jeszcze się wtedy nawet nie urodzili. Przeszłość najlepiej roztrząsać samemu. Mógłby jednak powiedzieć Wioletce. Nawet płacz w jej obecności nie byłby tak straszny.

Może jej powiedzieć wszystko.

Może to na tym polega problem.

Tego rodzaju rzeczy rosną w ukryciu, wybuchając niczym pożary w dziwnych miejscach, daleko od swoich źródeł. Nie zawsze można je wyśledzić. Tego wieczora Lemony dochodzi jednak do wniosku, że Wioletka jest poruszona. Wstaje z krzesła, chodzi po pokoju, macha rękami i szarpie swoje włosy, gdy mówi. Widziała dzisiaj Słoneczko, a siostra powiedziała jej, jak bardzo nienawidzi swojego nowego życia, jak bardzo tęskni za swoją rodziną, jak bardzo pragnie, żeby zaopiekowała się nią Wioletka. Słoneczko chudnie i blednie, ma niewielu przyjaciół.

- To miejsce niszczy moją siostrę - mówi Wioletka, odwracając się gwałtownie i przewracając wazon. Zielonkawa woda obryzguje dywan.

Lemony idzie po papierowe ręczniki. Gdy wraca, Wioletka klęczy obok kominka, ze wzrokiem utkwionym w czerni paleniska. Jej ramiona drżą. Lemony rozkłada ręczniki na plamie i klęka obok Wioletki, kładąc dłoń na jej ramieniu. Stara się wymyśleć słowa, którymi mógłby ją pocieszyć, ale jest obeznany z bólem i wie, że nie ma takich.

- Przykro mi - mówi.

Wioletka podnosi na niego wzrok: mruga zbyt szybko, a jej oczy są czerwone.

- Skłamałam - mówi; jej głos jest stanowczy, jej słowa szorstkie. - Słoneczko też. Dowiedziałam się dzisiaj. Powiedziała, że nienawidzi tego miejsca, ale... - Jej dłonie skręcają fałdy spódnicy. - Są dla niej mili. Ma wielu przyjaciół, bibliotekę, jedzie na obóz kucharski dla smakoszy... Ubierała workowate ciuchy, kiedy miałam do niej przyjść. I pudrowała twarz. Powiedziała, że... że nie chciała mnie rozczarować.

Zgina się wpół, z rękami skrzyżowanymi na piersi, i płacze.

Lemony otacza ją ramieniem. Wioletka zwija się ciaśniej w kłębek, jej mięśnie sztywnieją pod jego dotykiem.

- Ona ciągle cię potrzebuje - mówi. Nie przestanie cię potrzebować. Ani kochać.

- Chcesz mi powiedzieć, że powinnam się z tego cieszyć? - pyta Wioletka z głębi swojego kłębka. - Że jestem samolubna?

Lemony krzywi się.

- Oczywiście, że nie.

- Powinnam była się nią zająć. Sprawić, żeby była bezpieczna i szczęśliwa. Ale okazuje się, że najlepsze życie, jakie mogę jej zapewnić, to życie beze mnie.

Lemony głośno przełyka. Jego oczy wilgotnieją, ale powstrzymuje łzy. Nie ma prawa. To życie Wioletki, to historia Wioletki, a żelazna ręka szarpiąca jego wnętrzności nie jest przecież niczym nowym.

- To jest możliwe - mówi jej. - Jesteś o wiele silniejsza, niż ja kiedykolwiek byłem, Wioletko, i jesteś w stanie to przetrwać.

- To właśnie tak było z tobą i z mamą? - pyta ona. - Przestałeś ją chronić, prawda?

- Jak już mówiłem, to jest możliwe.

Spuszcza wzrok na dywan i mimowolnie zaciska pięści. Wioletka podnosi głowę i wyciera oczy.

- Ale mama była ci przeznaczona - mówi. - Tak mi powiedziałeś. I to dlatego wszystko się popsuło.

- To brzmi obrzydliwie, kiedy tak to przedstawiasz. - Wzdycha i ukrywa twarz w dłoniach. - Nie chciałem, żeby to brzmiało tak, jakbym miał pretensje o to, że twoi rodzice się pobrali. Oni... oni bardzo się kochali. Byli naprawdę szczęśliwi. Poza tym, nie istniałabyś, gdyby nie oni.

Wioletka potrząsa głową.

- Nigdy byś tego nie powiedział, ale to prawda. Byliście sobie przeznaczeni. To z tego wyniknął problem.

- Nawet jeśli to prawda, Wioletko... - Odetchnął głęboko, uspokajając się. - Nikt nie może już nic z tym zrobić. Nawet ty nie jesteś w stanie wynaleźć sposobu, by cofnąć czas.

Powoli odwraca głowę, wpatrując się w jego oczy.

- Może mogę - mówi.

Jej głos jest dziwnie odległy, a potem ona pochyla się w jego kierunku, a jej usta ocierają sie o jego usta i Beatrycze całuje go, przytula go, przyciąga do siebie i ponad dwadzieścia lat znika, gdy jej dłonie zaciskają się na jego włosach gdy jej język delikatnie wsuwa się pomiędzy jego wargi gdy jej ciało okręca się i wygina wokół niego gdy opadają na dywan, splecione nogi przyciskają ich jeszcze bliżej siebie, gdy ją pieści, jedną ręką delikatnie ją kołysząc, podczas gdy druga wędruje wzdłuż jej uda, a ona drży i jęczy, a jej dłonie szarpią jego koszulę, chcąc, żeby znowy był cały jej, i on będzie cały jej, będzie kochał ją każdą częścią siebie, da jej wszystko, czego zechce, wszystko, o czym marzy, nareszcie, nareszcie, och, Beatrycze...

Beatrycze...

Ale Beatrycze nie żyje.

Lemony odsuwa się tak szybko, że niemal upada na plecy. Wioletka patrzy na niego rozszerzonymi oczami, jej policzki są zaróżowione, jej wargi ciepłe i czerwone, włosy plączą się wokół twarzy.

- Co się stało? - pyta, widząc, że Lemony chwyta się stołu i wstaje, drżący i potargany, obserwując swoje rozmyte odbicie na lakierze, bo to łatwiejsze od spjrzenia w jej oczy.

- Powinnaś wyjść - szepcze; jego głos jest ochrypły i drżący. - Powinnaś teraz wyjść. Boże, Wioletko, tak mi przykro. Nie powinienem był... po prostu wyjdź. Zostaw mnie. Proszę.

Wioletka wstaje i podchodzi do niego. On odsuwa się za stół, który wciąż służy mu za oparcie.

- Po prostu mnie zostaw - wychrypiał, a ona wyszła, drzwi zatrzasnęły się za nią, gdy osunął się na podłogę, przerażony, zemdlony, powracając pomimo wszystko do jej palców wplątanych w jego włosy.

Nadeszła następna noc, Wioletka oczywiście nie przyjdzie, a w miarę jak mija wieczór, Lemony dochodzi do wniosku, że może zacząć pić bez niej. Odchylając głowę i czując parzący gardło płyn, zdawał sobie sprawę, że to był niebezpieczny krok. Teraz jednak wszystko to rozwiewa obrazy, które jego umysł odtwarzał z tak okropną (okropnie cudowną) intensywnością.

Jego rozsądek również się rozwiał, bo gdy słyszy pukanie do drzwi, idzie je bez zastanowienia otworzyć. Wie tylko, że ktokolwiek by to nie był, to zajmie jego głowę, i pozwoli mu pomyśleć o czymś niezwiązanym z wczorajszą nocą.

Natychmiast zauważa swoją pomyłkę i próbuje zatrzasnąć drzwi, ale Wioletka mu nie pozwala. Jej włosy są odgarnięte z twarzy i przewiązane jedną z jej zwyczajowych wstążek, jej twarz zastygła w pełnym determinacji i zbyt dobrze mu znanym wyrazie dezaprobaty. Jej oczy przenikają przez niego, patrzą, ale nie widzą, przyszpilają go do ściany niczym motyla, gdy próbuje się wycofać. Podnosi ręce w geście obrony i próbuje powiedzieć "Wioletko, dlaczego..." ale słowa więzną mu w gardle, gdy ona znów przyciska swoje usta do jego ust, pociągając jego ręce w dół i przygważdżając do boków. Lemony szarpie się, opiera, próbuje, ale czuje się, jakby nie było jej w domu od bardzo dawna. Czuje się, jakby zestarzał się, czekając na nią, ale to oczywiście nieprawda, oboje są młodzi i jeszcze niedawno byli nastolatkami, i ciągle mają przed sobą całe życie razem, a teraz on jest bezbronny pod jej dotykiem, przyciśnięty do ściany całym jej ciałem, a jej dłonie wślizgują się pod jego koszulę, głaszczą jego skórę, przypisując sobie prawo do wszystkiego, czego dotkną. Topnieje w jej rękach, pozbawiony tchu z pragnienia i tęsknoty, tak bardzo zbolały, że prawie się rozpłakuje. Nie mogła zostawić go samego na tak długo, nie mogła, ale to tak, jakby byli rozdzieleni przez całą wieczność, jak gdyby miała już nigdy nie wrócić, to

jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobił, i to nie są puste słowa, oderwał od niej swoje usta, chwytając powietrze.

- Bea... W-wioletko. Proszę. My... my nie możemy. To musi się skończyć.

Stara się brzmieć pewnie, jak ktoś ze śladem samokontroli. To nie działa.

- Dlaczego? - pyta Wioletka i rzeczywiście, dlaczego?

Lemony z trudem próbuje sobie przypomnieć. Wie, że w jej wynalazku jest jakaś straszna usterka, w mechanizmie, który może cofnąć czas, pokonać śmierć i zniszczyć samotność, ale ten detal umyka mu, a za jej oczami widzi w ruchu wszystkie uporządkowane tryby mózgu wynalazcy. Może gdyby jego umysł był tak czysty jak jej, mógłby znaleźć słowa, ale i tak nie potrafiłby uporządkować swoich roztrzepotanych myśli, nawet gdyby jego włosy były na tyle długie, żeby mógł związać je wstążką.

- Dlaczego nie możemy? - pyta znowu Wioletka, przysuwając się bliżej, a jej ciepłe wargi niemal dotykają jego policzka.

Lemony jęczy, jego dłonie drapią o ścianę tak, jakby chciał uciec, a to było przecież niemożliwe do czasu, gdy nauczyłby się przenikać przez materię, podwójnie niemożliwe, bo całe jego ciało przyciskało się do niej, nie troszcząc się o pełen paniki głos, który wciąż krzyczał w jego głowie: "to nie jest w porządku!". Musi to skończyć, musi coś powiedzieć, cokolwiek, zanim...

- Nie jesteś... - Jego głos brzmi staro, jak gdyby osłabiony przez czas i dym. - To nie ciebie... nie mogę udawać, że to ty... że jesteś... Nie mogę ci tego zrobić.

- Ale ja chcę, żebyś to zrobił. - Oplata go ramionami, a on musi oprzeć się o ścianę. - I ty też chcesz, czuję to. I drżysz.

Swiat zawirował mu przed oczami i teraz musiał się jej chwycić, chwycić jej płaszcz, żeby utrzymać się na nogach, żeby nie utonąć.

- Tak bardzo... - szepcze. - Chcę, tak bardzo chcę... bardziej niż czegokolwiek innego... ach, Wioletko, przepraszam...

- Nie przepraszaj. - Jej wzrok jest pogodny. Uśmiecha się lekko, odgarniając mu włosy z czoła. - Jesteś dobrym człowiekiem, nigdy nikogo nie skrzywdziłeś, więc to, czego pragniesz, nie może chyba być aż takie straszne?

"Coś z tym jest nie tak!" - ostrzega go ostatni, niknący już głos w jego głowie. Usterka w wynalazku - wie, że jakaś jest, ale w tym momencie nie potrafi odkryć, jaka.

W tym momencie to go nie obchodzi.

- Beatrycze... - szepcze - ty... jesteś...

Ona delikatnie głaszcze jego policzek.

- Jeśli tylko chcesz.

- Wróciłaś. - Przytula ją mocniej, wtula twarz w jej szyję. - Wróciłaś do mnie. Wiedziałem, że nie zostawisz mnie samego. Wiedziałem...

Ale nie czas na rozmowy. Czas na zaspokojenie jego potrzeb, na spełnienie życzeń, na ugaszenie jego rozpaczliwego, beznadziejnego pragnienia, czas na scałowanie wszystkich łez i uciszenie bólu. Zatonął w niej znowu, po raz trzeci, i nareszcie pozwolił sobie uwierzyć, że może jeszcze być szczęśliwy.

Beatrycze zmieniła się, ale mógł się tego spodziewać. Jest wyższa, bardziej koścista, a smak jej skóry jest nieco inny, ale to tylko pomniejsze zmiany, bez większego znaczenia. Bardziej niepokojący jest sposób, w jaki nie patrzy mu w oczy, gdy się kochają, a kiedy przyciąga go do siebie we właściwie bolesnym w swej intensywności uścisku, nie woła już jego imienia, przygryzając zamiast tego wargę, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Ale jeśli ona tak chce, to tak musi być. Wystarczy, że jest tutaj - Lemony nie ma prawa żądać więcej. Wystarczy, że może sprawiać jej przyjemność, wielbić ją, być znowu częścią niej. Wystarczy, że ten koszmar był tylko złudzeniem, że nie umarła.

Później, zwinięty w ciepły i bezpieczny kłębek u jej boku, zapada w najgłębszy, najspokojniejszy sen w swoim życiu.

- Moja kochana - mruczy w jej kark, zamykając oczy. - Moja kochana. Moja najdroższa.

Rano budzi się sam.

Rano czuje suchość w ustach i mglisty, nieokreślony ból głowy, a spod drzwi ciągnie chłodem. Siada powoli, dziwiąc się, dlaczego jego wczorajszy sen był tak ważny, ze musiał go zapamiętać, dziwiąc się, dlaczego przeszywa go cichy dreszcz strachu - co mogło być nie w porządku? Coś było bardzo, bardzo nie w porządku.

Odwraca głowę. Na poduszce obok niego leżą dwa długie, brązowe włosy.

Lemony zwija się w kłębek, zakrywa dłońmi uszy, zaciska oczy. "Nie" - jęczy - "nie, nie, nie, nie, nie!", ale wspomnienia wracają pomimo to: nieupiększone i niezaprzeczalne. "To tyle na temat wiecznej wierności" - szydzą. "Tyle na temat oddania, tyle na temat twojej prawdziwej miłości."

Wtacza się do łazienki i odkręca prysznic, strumień wody jest tak silny i tak gorący, jak tylko się da, bo Lemony ma nadzieję, że to zdoła rozjaśnić jego umysł, oczyścić jego ciało, że dźwięk płynącej wody zagłuszy oskarżycielskie myśli. To nie skutkuje. Związała włosy, to wciąż pamiętał, ale przecież to nie był żaden odkrywczy wynalazek. Świat jest pełen mężczyzn w średnim wieku, którzy ukrywają swoje lata i samotność w ciałach młodych dziewczyn. ("To nie tak" - protestuje, ale jaka to różnica? "Nie jestem facetem, który sypia z córką swojej zmarłej narzeczonej" - upiera się, ale szum w głowie i mdłości przypominają mu, że to właśnie zrobił.)

Poprzez obłoki pary w łazience widzi w lustrze swoją twarz, rozmywającą się w nierozpoznawalną plamę. Gdyby tylko tak łatwo było zniknąć. Opada na kolanach, skrywając twarz w dłoniach i czując, jak odmywa go wrząca woda. Beatrycze była dla niego całym światem, miłość do niej była jedyną rzeczą, jaka mu pozostała, ostatnią rzeczą, która nim kierowała, kiedy był już pozbawiony nadziei, była powodem, dla którego podjął się pracy swojego życia i przyczyną jego ewentualnego - mniejszego lub większego - zwycięstwa. Jak mógł to wszystko odrzucić?

"Noce spędzone tylko z jej wspomnieniem" - mówi cichy głos w jego głowie - "stały się nieznośnie chłodne. Spędziłeś większość życia w samotności, Beatrycze cię zostawiła, Jacques umarł, Kit..."

"To żadne usprawiedliwienie."

Tak mijał dzień. Lemony niewiele jadł, nie umiał się skoncentrować na lekturze i spędził większość czasu skulony w fotelu, przysłuchując się krążącemu wokół poczuciu winy, które ciągle, ciągle, ciągle zataczało wokół niego kręgi. Nalewał sobie kieliszek za kieliszkiem z niemal pustej karafki. (Był już wrakiem i mógł pójść tą drogą.)

Jest prawie północ, gdy słyszy znów pukanie do drzwi. Nie powinien był otwierać. Wiedział o tym. Wiedział, jaki to straszny pomysł: czuć to, co czuł, pragnąć tego, czego pragnął - wbrew sobie, wbrew wszystkiemu - ale nie mógł pozwolić jej stać na zewnątrz, na zimnie i w ciemności. Poza tym był jej winien przeprosiny. Może będzie na niego krzyczeć, uderzy go, a w każdym wypadku powie mu, że jest podłym człowiekiem i że nie chce go już więcej widzieć. To byłoby uczciwe. Stał, a wokół niego wirował pokój. Z trudem doszedł do drzwi, ćwicząc w myślach przemowę "Wioletko, to, co zrobiłem zeszłej nocy, było niewybaczalne. Wioletko, wykorzystałem cię, użyłem cię, użyłem do własnych celów, żeby się zaspokoić, to się już nie powtórzy, przysięgam, obiecuję, nigdy więcej, Wioletko, nie masz pojęcia, jak mi przykro..."

Zaczynia mówić "Wioletko, to...", gdy otwiera drzwi, ale oplatają go jej ramiona, a jej pocałunek jest delikatniejszy i czulszy niż kiedykolwiek był. Nie, źle, musi uciec teraz, kiedy jeszcze może, i w panice poślizguje się i upada, rozbijając głowę o przypadkowy stół. Purpurowo-czarne gwiazdy wybuchają przez chwilę przed jego oczami, a kiedy odzyskuje zdolność widzenia, klęczy obok niego Wioletka, kojąco głaszcząc jego potłuczoną czaszkę, a Beatrycze szepcze: "Kochanie, ostrożnie..."

- Kochanie - powtarza, czując, że znowu ulega, a ponury głos mruczy "niech więc będzie", gdy wyciąga do niej dłonie.

Mija kolejna noc, a potem następne. Ona jest żywa i on jest żywy, są razem i kochają się. Żadna z tych rzeczy nie jest nie w porządku.

Poza dniami, kiedy znów jest sam, a światło jest zbyt jasne i mówi mu, że to tylko iluzja. Ale są dorośli i chętni, czy nie mają prawa do iluzji?

(a Beatrycze jest zbyt martwa, żeby zaprzeczyć)

(NIE WIERZY W TO! Nigdy w to nie wierzył!)

Zastanawia się, kto jest iluzją Wioletki. Wie, że nie może po prostu spytać: "Czyjego imienia nie wykrzykujesz? O kim myślisz?". Może odpowiedziałaby "o Quigleyu" albo "o Duncanie", albo o innym młodym mężczyźnie, o którym nigdy nie słyszał. Może "o moim ojcu" - skoro jest Beatrycze, to powinien być Bertrand - ale powiedziała, że nie byli sobie przeznaczeni. (Ona powiedziała.) W dni, gdy słońce pali najmnocniej, wie, że powiedziałaby "o Olafie", wie, że nie jest w niczym lepszy od tego potwora, który pierwszy spróbował wykorzystać jej piękno, zbeszcześcić ją w ten sposób. Ale to nie dlatego nie pyta.

Najbardziej boi się, że powiedziałaby "o tobie".

Więcej pije, a może więcej śpi, a może po prostu całe dni wylatują mu z pamięci, bo zmywają się ze sobą, zbielałe od winy i słońca. Tylko momenty, kiedy trzyma ją w ramionach, są rzeczywiste. Pomimo to musi jeść i myć się, i robić wszystkie te rzeczy, bo noce zmieniają się w tygodnie, tygodnie w miesiące.

Pewnego dnia obudził się, a ona wciąż tam była, wpatrywała się w lustro w przyćmionym świetle poranka. Włączył dla niej lampę, a ona podskoczyła.

- Nie chciałam cię obudzić - mówi, owijając pasmo włosów wokół palca.

- Wioletko.

Jego głos jest słaby i skrzeczący, więc przełyka ślinę, chcąc zwilżyć wyschnięte usta. Wioletka nie odpowiada albo może wcale go nie słyszy, schylając się po torbę. Lemony odkrywa nagle, że to bardzo ważne, żeby powiedzieć coś, zanim wydzie, to bardzo istotne, żeby coś jej powiedzieć, zapytać ją o coś, ale nie przychodzi mu do głowy ani jedno słowo. Nalge przypomina sobie coś, jakieś mgliste wspomnienie.

- Jak tam Słoneczko? - pyta.

Wioletka mruga.

- Wszystko... wszystko u niej dobrze - mówi, wpatrując się w drzwi. - Hm, słuchaj... Naprawdę nie mam teraz ochoty o tym rozmawiać.

Kiwa głową. Rozumie. Wioletka mówi "do zobaczenia", przerzuca torbę przez ramię i kieruje się w stronę drzwi.

W świetle dnia wygląda na mniejszą.

- Chciałabyś się do mnie wprowadzić?

Wypowiada te słowa zanim jeszcze wie, że ma zamiar je wypowiedzieć. Wioletka zatrzymuje się, ale nie odwraca głowy. Lemony nie wie, dlaczego o to prosi - może dlatego, że gdyby była tu, kiedy się budził, światło nie raniłoby go aż tak bardzo. Może byłaby tu, kiedy miałaby ochotę rozmawiać.

Wioletka powoli się obraca. Jej spojrzenie jest dziwnie odległe, tak jak pierwszej nocy, i jest w nim coś jeszcze - poczucie winy?

- Nie wydaje mi się, żeby to zadziałało - mówi po chwili, odwraca się i wychodzi.

Lemony otula się kołdrą i zostaje w łóżku. Myśli, że mógłby wybuchnąć płaczem, ale słońce wysuszyło wszystkie łzy, a i on nie jest pewien, dlaczego właściwie miałby płakać. Dostał z powrotem swoją Beatrycze, nawet jeśli tylko na krótkie chwile. Podczas gdy pusta przestrzeń między tylko chwilami staje się coraz bardziej rozległa, coraz bardziej szara i coraz bardziej pusta, on odkrywa, że może żyć tylko nimi, o ile będzie pamiętał, żeby zamknąć oczy.

Pomimo to, ciągle tęskni za swoją przyjaciółką Wioletką. Zdaje się, że nie odwiedza go już od dawna.

idź do góry
© Copyright 2006-2010 Random and Luniasta / XHTML 1.0 Strict Valid /
gdyby nie fakt, że Internet Explorer to beznadziejna przeglądarka, nie byłoby tego tekstu